miska - moja historia
Moją historię zacznę od pragnienia zajścia w ciążę.
Czekałam na ten moment wiele lat.......... nie, nie mialam problemu z zajściem.
Czekałam na tego JEDYNEGO.................
Pierwsze książki o ciąży kupiłam jak miałam 17 lat, z pierwszych zarobionych przeze mnie pieniędzy...
Kupiłam 7 książek o ciąży!!!! Chciałam się dobrze przygotować.
Zawsze chciałam mieć dzieci, dwójkę, lub trójkę.
Zawsze też miałam jakiegoś chłopaka, odkąd pamietam........................ nie potrafiłabym życ w samotności.
Ale wszystko w swoim czasie.
Na dzieci przyszło mi długo czekać.
Najpierw szkoła.
Maturę zdałam celująco, z wyróżnieniem. Poszłam na studia, zarządzanie i marketing.
Były to cudowne lata......................... :-D
Po studiach znalazłam pracę marzeń.
Pracowałam jako kierownik handlowy w Firmie Jubilerskiej.
Bardzo szybko awansowałam na Dyrektora Handlowego.
Równie szybko zdecydowałam, że chcę wyjechać do Angli.................. żeby nauczyć się angielskiego i zarobić kasę na mieszkanie.
Wyjechaliśmy z Polski w 5 osób - sami wariaci, szaleni samobójcy..................... Boże, jacy my byliśmy naiwni!
Piękne to bylo.................... jak na to patrzę z perspektywy czasu. Bo wtedy to byl horror! Baaaaardzo, bardzo ciężko pracowałam. W różnych miejscach: biurach, fabrykach, sklepach, małych firmach..............................
I oto, pewnego dnia ..................... SPOTKALAM GO!
To byl ON!
Mężczyzna z moich snów!
Wszystko potoczyło się błyskawicznie.
Ślub cywilny w Angli, potem kościelny w Polsce.
Miałam świetną pracę, mnóstwo znajomych.......
I oto nadszedł ten właściwy moment, na który czekałam tak wiele lat!!!
Chcieliśmy mieć dziecko.
Odstawiłam pigułki i........................ od razu zaszłam w ciążę!!!!! W pierwszym cyklu.
Byłam najszczęśliwszym człowiekiem na ZIEMI!!!!!!!!!!!!!
B Y Ł A M W C I Ą Ż Y ! ! ! ! ! ! !
Od razu przypomniały mi się wszystkie książki o ciąży, które miałam.
Tyle lat marzyłam o ciąży................
A teraz ............... oto jestem .................. kobietą w ciąży!!!!!!
Nigdy nie zapomnę jaka byłam szczęśliwa!
Spodziewałam się mojego maleństwa.
Niestety, moja ciąża nie była przyjemna.........
Zaczęła się krwotokiem.............. szpitalem ........ karetką...........
Miałam różnego rodzaju ATAKI (!!!!!!!!!!!), których nie rozumiałam (????????????????).
Źle się czułam.
Miałam straszne bóle glowy.........................
Zjadłam tony paracetamolu.................. na nic mocniejszego mi nie pozwolono.
Ale to nic! Co tam bóle glowy! ............ phi!
Ja i tak byłam najszczęśliwszym człowiekiem pod słoncem!
Byłam w ciąży! A moja Fasolka była cała i zdrowa!
Chciałam krzyczeć ze szczęścia!
................................. jeszcze nie wiedziałam, że.............................
M A M G U Z A N A M Ó Z G U !
..............................................................
Całą ciążę pracowałam, do ósmego miesiąca, będąc bardzo poważnie chorą.
Nie chcę nawet mysleć co MOGŁO BY się stać.
Wiem jedno, gdybym była dobrze zdiagnozowana przez lekarza, miałabym cięcie cesarskie przed terminem porodu!!!!!!!!!!!!
Termin miałam na 10 października 2003.
A ja .............. przenosiłam ciążę do 22 października........... i miałam sztucznie wywoływany poród.
Jak teraz o tym pomyślę!
Bardzo się cieszyłam z tego terminu. Wiedziałam, że jak już pójdę do szpitala, to nie wyjdę z niego bez mojego maleństwa.
22 października 2003 o godzinie 16:28 urodziłam prześlicznego, zdrowego (3 960 g) synka.
Nazwaliśmy go William Antoni (William - drugie imię męża, Antoni - imię mojego dziadka).
William miał 3 miesiące, kiedy rzucono mi na twarz diagnozę: guz mózgu!!!
Dzień wcześniej byłam szczęśliwa, nie podejrzewałam niczego....... następnego dnia byłam na stole operacyjnym w szpitalu w Cambridge.
I nie wiedziałam czy przeżyję.
Byłam w szoku.
Wiadomość, ze mam guza na mózgu nie dotarła do mnie. To ponoć normalne.
Nie miałam czasu, żeby usiąść i o tym pomyślec.
Byłam błyskawicznie przygotowywana do operacji.
Nie wiedziałam, ze mój stan jest bardzo poważny.
Lekarze nie wiedzieli w jakim stanie będę po operacji.
Nie mogli dać mi gwarancji, ze przeżyję.
Moja sytuacja była bardzo poważna.
A ja tego nieświadoma. Pamiętam, że w dniu operacji martwiłam się kto mi będzie ściągał mleko z piersi.
Guz był ogromny i w bardzo niebezpiecznym miejscu.
Tylko operacja mogła uratować moje życie.
Operacja usunięcia guza trwała 12 godzin.
Baaaaaardzo długo.
Na sali operacyjnej było chyba ponad 20 osob............ straciłam bardzo dużo krwi...... trzy razy musieli mi ją przetaczać (a to ponoć bardzo dużo).
(całe studia byłam honorowym dawcą krwi w Opolu, teraz sama jej potrzebowałam).
Operacja była bardzo skomplikowana....... bardzo trudna i niczego nie gwarantowała.
Konsekwencje mogły być rożne........... mogłam stracić władze w prawej ręce, stracić wzrok,
mogłam nie rozpoznać nikogo, być w spiączce........ mogłam nie przeżyć........
Rana po operacji była olbrzymia. Cała lewa strona mojej głowy byla "otwarta".
Podczas operacji założono mi........... około 50 metalowych szwów (klipsów) na głowie.
Kiedy operacja się skończyła, mama, tato i mój mąż czekali przy mnie, aż się obudzę............... długo czekali.
Ja spałam.
Sytuacja była bardzo poważna, ponieważ miałam niebezpiecznie, ekstremalnie niskie ciśnienie krwi.
Powinnam się obudzić! A ja nadal spałam.
Trzeciego dnia po operacji, mój główny lekarz, Dr. PJ Kirkpatrick, bardzo znany w świecie neurologii, i jego zespół, postanowili odłączyć mnie od komputerów i maszyn podtrzymujacych mi życie.
Dali mi mnóstwo leków i................. czekali czy się obudzę.
Był to bardzo ważny moment w moim życiu.
Obudziłam się!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Wszystkich rozpoznałam :-)
Nie mogłam się ruszyć, chodzić, mówić, jeść......... mogłam tylko patrzyć..... otworzyć i zamknąć oczy.
Wszystkiego uczyłam się od początku, od malutkich kroczków.
Tak bardzo chciałam wyzdrowieć dla mojego synka.........
Wyszłam z tego!!!!!!!!!!! Nie mogę, niestety, powiedzieć, że wyzdrowiałam, to jeszcze długa droga.
Ale dochodziłam do siebie po operacji.
Potem zaczęły się komplikacje.
Zbierała mi się ropa w głowie.
Miałam tyle różnych zabiegów, że nie jestem w stanie policzyć..........
Dwa razy punkcja płynu rdzeniowego mózgu, która była niesamowicie bolesna! Nigdy tego nie zapomnę!
Krzyczałam na cały szpital jak mi ją robili.
Niestety musiałam mieć kolejną, drugą operację usunięcia płynów w mózgu.
Znowu byłam podłączona do różnych maszyn.
Po dwóch miesiącach, wyszłam ze szpitala!
Boże! Jak ja tęskniłam za Williamkiem!
Strasznie mi GO brakowało.
Non stop o Nim myslałam.
Zastanawiałam się co robi, co nowego potrafi, jak spędza dnie, ile śpi, ile je............
W końcu mogłam GO zobaczyć.
Tak bardzo chciałam ucałowac Williamka.......... jak on urósł!!!
Mój kochany synuś.
Czekałam na ten moment!!!!!!!!!!!
Williamek mnie nie poznał.......... rozpłakał się jak mnie zobaczył, nie wiedział kim jestem.
Moje serce pękło.......
Ale tak sobie tłumaczę, że nie miałam włosów (bo mi ogolili) dlatego William mnie nie poznał.
Zaczęłam nucić jego ulubioną kołysankę......... popatrzył na mnie, przestał płakać........ patrzył........... i wtedy mnie rozpoznał :-)))
Mogłam wziąć Go na ręce, mogłam go przytulić. Tak długo na to czekałam.
Mój synek. Mój Williamek.
Po kilku dniach w domu, zaczęłam tracić czucie i władzę w rękach, nogach.
Coraz więcej spałam. Znowu traciłam mowę, równowagę, bardzo źle widziałam.
Przewracałam się.
Z minuty na minutę było coraz gorzej.
Karetka wzięła mnie na trzecią operację.
Dawano mi 50% szans, że z tego wyjdę.
Nie umiałam się nawet podpisać, że wyrażam zgodę na operację.
Lekarz powiedział mężowi, że musi się przygotować na najgorsze, że mogę nie przeżyć nocy.
Traciłam przytomność.
Operacja zaczęła się o godz. 23:00, trwała 4,5 godziny, skończyła się o 3:30 nad ranem.
Była to kolejna udana operacja!!!!
Obudziłam się :-)
Uratowano mi życie po raz kolejny.
Znowu zaczynałam od początku......... po raz kolejny.
Uczyłam się jeść, chodzić, mówić.........
Walczyłam............... i wyszłam z tego po raz kolejny.
Podczas operacji włożono mi do głowy bardzo mądre urządzenie (shunt), które kontroluje płyny w głowie.
Taka miniaturowa pompka.
Chyba będę ją miała do końca życia.
.......................................................
Sierpien 2004
Teraz jestem w domku.
Osiem miesięcy po diagnozie, że mam guza na mózgu.
Czekam na kolejną, czwartą operację. Mam nadzieję, że ostatnią.
Idę do szpitala 13 października, operacja będzie 14.
Modlę się, żebym szybko wróciła do domu, po operacji, ponieważ William będzie miał roczek, 22 października.
Modlę się, żeby nie było komplikacji.
Boję się komplikacji.
Po operacji, przez 6 tygodni, będę się 'goic'.
Potem kolejny krok: RADIOTERAPIA, ktora będzie bardzo intensywna.
Codziennie przez 6,5 tygodnia, będę jeździć do szpitala na radioterapię.
Już mi mówiono o skutkach ubocznych........... ale ja glęboko wierzę, że mnie nie dotkną.
W styczniu 2005 powinnam już być po wszystkich zabiegach / operacjach / radioterapii.
.....................................................................
Nie chcę, żeby moja opowieść brzmiała smutno.
Nawet nie wiecie jaka jestem szczęśliwa, że tak daleko zaszłam. Niektórzy nie mają drugiej szansy. Umierają w szpitalu.
A ja bawię się z Williamkiem, jestem szczęśliwa, że mieszkam w domu, nie w szpitalu, że chodzę na spacery, do kościoła, na siłownię (z przepisu lekarza), że mam dużo znajomych, że mam bogate życie towarzyskie, głównie z młodymi mamami i ich dziecmi........ ha ha ha!
Że spędzam w miarę 'normalne' dni.
Oczywiście, mam mnóstwo wizyt dotyczących mojego stanu zdrowia, który z dnia na dzień się poprawia.
Terapia mowy (mam problem z mówieniem), rehabilitacja, siłownia, okulista (źle widzę), pielęgniarki, mnóstwo wizyt.
..................................
Marzec 2005
Ostatnia operacja miała miejsce 4 listopada 2004, zamiast 13 pazdziernika.
Po pierwszej operacji, w styczniu 2004, kiedy usunięto mi guza, usunięto mi również dość dużą część mojej czaszki. Po mojej lewej stronie głowy. Niestety nie można było wstawić tej części z powrotem, gdyż była zainfekowana.
Dlatego też ostatnia operacja polegała na wstawieniu sztucznej, plastikowej (acrylic) części czaszki.
Aby ją przymocować zastosowano 4 śrubki.
Za każdym razem jak dotykam głowy, to czuję palcami cztery śrubki pod skóra głowy.
Dziwne uczucie, ale mam przynajmniej normalny kształt głowy. Bo bez tej kości moja głowa była zniekształcona.
Po tych wszystkich operacjach nadal jestem OPTYMISTKĄ!!!!
Cieszę się życiem.
I mam nadzieję, że będę szczęśliwa.
...............
Jeśli ktoś ma ochotę i pragnienie porozmawiać ze mną o mojej histori to zapraszam: miska_mama@yahoo.co.uk
miska.
|