OLIWKA CÓRECZKA PAULI I GRZESIA
Data urodzenia | 1 listopada 2003 |
Waga | 3,940 g |
Wzrost | 56 cm |
Apgar | 10 pkt. |
Waga - 12 miesięcy | 10,400 g |
Wzrost - 12 miesięcy | 79 cm |
RODZICE
Jak to wszystko się zaczęło...prozaicznie można by rzec. Na pewno ani ta 16 letnia dziewczyna nie przypuszczała, ani ten 19 letni chłopak nie myślał, że kiedyś będą małżeństwem, stworzą własną rodzinę. Jednak to wszystko było przed nimi i o tym chciałabym tu Wam opowiedzieć.
Z Grzesiem poznaliśmy się na dyskotece (nietuzinkowe, prawda? ;)) Spotykaliśmy się wiele lat zanim postanowiliśmy nasze szczęście na ziemi zalegalizować przed urzędem i Bogiem. W ten oto sposób 29 czerwca 2002 roku padło z naszych ust sakramentalne "tak". Nabraliśmy wiatru w płuca, nie mogliśmy opaść z emocji, że w końcu możemy być ze sobą 24 godziny na dobę. Zachowywaliśmy się jakby nic dla nas nie istniało oprócz nas samych. Po 8 miesiącach wiecznego miodowego miesiąca postanowiliśmy, że czas coś zmienić w naszym życiu... czas kogoś do niego zaprosić. Zawsze chcieliśmy mieć dzieci, nigdy nie było ku temu żadnych wątpliwości. Teraz tylko nadszedł odpowiedni moment aby uczynić zadość dotychczasowym planom. Po krótkim czasie starań udało się. Jacy byliśmy wówczas szczęśliwi. Na znak dobrej nowiny Grzesio otrzymał malutkie buciki, które później miały należeć do pewnej mikroskopijnej jeszcze istotki. Godzinami rozprawialiśmy jaka będzie nasza pociecha, do kogo podobna, czy uosobienie spokoju czy niecierpliwości i żywotności. W bardzo niedługim czasie pozbawiliśmy się wszelkich złudzeń, kiedy okazało się, że przespane noce to rzadkość, a nowe pomysły w małej główce to zwykła codzienność. Jednak póki co rozpoczął się kolejny etap naszego życia... przygotowania.
CIĄŻA
Ciąża przebiegała bezproblemowo, do dzisiaj z rozbawieniem wspominam, że gdyby nie wierzgający mały człowiek i powiększający się z dnia na dzień brzuch... byłaby bezobjawowa. Czułam się komfortowo (oczywiście z wyjątkiem ostatnich dni) czas spędzając na relaksie i zajadaniu ulubionych lodów. Odpoczywałam przed zbliżającą się "burzą" śpiąc tyle, ile człowiek jest w stanie tę czynność wykonywać.
Z niecierpliwością zawsze oczekiwaliśmy USG.. nasze chwile prywatności, momentu kiedy możemy wniknąć w świat maleństwa i podglądać go troszkę z boku. W całej ciąży było nam to dane 3 razy, ze względu na wskazania lekarza, a raczej brak jakichkolwiek przeciwwskazań nie monitorowaliśmy dziecka częściej. Lekarze cały czas nas utwierdzali w przekonaniu, że dziecko rozwija się prawidłowo i pozostaje nam tylko oczekiwać narodzin...rozpoczęliśmy odliczanie... Kiedy minęło 38 tygodni z całym ekwipunkiem byłam zwarta i gotowa, czekając na pierwszy znak. Tym bardziej moje nastawienie do wcześniejszego porodu potwierdzał prowadzący mnie lekarz ginekolog przy każdej wizycie komunikując, że mój organizm jest już w pełni przygotowany do porodu. Tymczasem przygotowywał się jeszcze 3 tygodnieJ Każdego dnia głaskałam się po brzuchu, rozmawiałam i pytałam się mojego Skarbeczka , czy jeszcze długo zamierza tam przebywać.
W ostatnim dniu 40 tygodnia dostałam odpowiedź... zaczęło się.
PORÓD
To była noc, godzina druga, wszyscy śpią... tylko ja coś nie mogę znaleźć sobie odpowiedniego miejsca. Nagle coś poczułam, chyba skurcz. Ale to było takie minimalne, od razu posądziłam siebie o wyolbrzymianie, że już tak bardzo nie mogę się doczekać i wyobraźnia działa. Po 20 minutach znowu, wtedy już dało mi do myślenia. Poczekałam dla pewności 3 godziny (niedowiarek ze mnie :) Cały czas niezmiennie w odstępie jakże magicznych 20 minut pojawiały się nieduże skurcze. Dopiero do mnie dotarło, że to prawda, to ten dzień. NARESZCIE! Wykąpałam się, przygotowałam i podjęłam decyzję... czas budzić Grzesia. Do dziś widzę jego popłoch w oczach, pytania czy nie żartuję, że dzisiaj przecież Wszystkich Świętych, że może mi się wydaje... ale to już się działo i coraz bardziej wszystko mnie o tym przekonywało. O godzinie 5-ej mknęliśmy przez całą Warszawę, łamiąc przy tym chyba wszystkie możliwe przepisy... nie wiedząc jeszcze, że to nie tak od razu... Dojechaliśmy, krótka rejestracja, wchodzimy na porodówkę. Badanie rozwarcia... położna oświadcza 1 cm. Nie mogę uwierzyć, minęły 4 godziny skurczów, słabych ale zawsze, a tu tylko tyle. Co zrobić... na więcej potrzebny jest czas. W moim przypadku była mowa o kolejnych 7 godzinach. Apogeum moich możliwości przyszło po 6-u. Wtedy właśnie postanowiłam poprosić o znieczulenie, okazało się że za późno... 9 cm rozwarcia dawało znak, że niedługo moje cierpienie będzie wynagrodzone najpiękniejszym darem losu jakie jest w zasięgu naszej ręki. Tymczasem poród ukazał mi coś jeszcze, pokazał mi obraz samej siebie, jak zachowuję się w obliczu tego cielesnego sprawdzianu. Szczerze powiedziawszy zawsze bałam się, że dam upust znajomości niekoniecznie używanego przeze mnie słownika... zupełnie niepotrzebnie. Grzesio powtarza po dziś dzień, że jest ze mnie dumny, że byłam taka dzielna i pomimo, iż skurcze dobiegały do 140 ja cały czas milczałam i starałam się to przezwyciężyć. Za to on sam chyba nie wie ile miłości, troski mi ofiarował, ile mu zawdzięczam. Bardzo mi pomógł swoją obecnością, swoim ciepłem, masowaniem i pocieszaniem... zresztą już nie musiał długo pocieszać, bo nagle usłyszałam hasło... widać główkę, proszę wchodzić na łóżko... pani Paulinko RODZIMY. Teraz się zaczęło... niestety nie było szybko, dla mnie trwało jak wieczność. Jednak po 45 minutach parcia... udało się... jest... słyszę ją... proszę dajcie mi... moje Słoneczko! Widzę łzy Grzesia, widzę nasze szczęście, takie bezbronne w poszukiwaniu odgłosu bicia mego serca... tak to ja Twoja Mama...
Witaj Oliweczko w naszej rodzinie...
I wtedy właśnie poczułam to samo co czuję alpinista zdobywający pierwszy ośmiotysięcznik, poczułam to samo co czuję człowiek całe życie poszukujący swego brata bliźniaka i widzący go u swoich wrót... poczułam wielką radość, nikt nie może mi tego odebrać, tego poczucia spełnienia, podarowania ludzkiego życia. Oliwkę zabrano na mierzenie, ważenie, sprawdzenie jej stanu zdrowia. Podświadomie czułam, że i tak musi być wszystko dobrze, tak też było. 10 pkt w skali Apgar, 3,940 gr i 56 cm tylko to potwierdziły.
Przede mną natomiast była ostatnia część porodu, najbardziej dla mnie niezrozumiała, bo w moim przypadku odbyła się bez skurczy - faza urodzenia łożyska. Trwało to tylko chwilę. Jednak widziałam u lekarza i położnej zmieszanie. Moje łożysko nie odeszło w całości... może to znak, że nie powinno być tak prosto, nie wiem. Trzeba było wyczyścić jamę macicy poprzez jej łyżeczkowanie. Nie chcę tego opisywać... powiem jedno, nikomu tej "przyjemności" nie życzę.
Teraz nastąpił należyty odpoczynek pod obserwacją...podczas gdy Grześ obdzwaniał całą rodzinę i większość znajomych, że przyszła na świat nasza córeczka :)
OLIWKA
Po należytym pobycie w szpitalu mogliśmy wreszcie wrócić do domu. Swoje księżniczki jak zresztą sam nas nazywa, odebrał Grzesio. W domku było wielkie powitanie, przyjechali szczęśliwi dziadkowie, aby móc ujrzeć co za Skarbeczka nosiłam tyle miesięcy pod własnym sercem. Od tego dnia owy Skarb stał się dla nich też kimś wyjątkowym, kimś kto odmienił ich życie. Pokazał mi samej jak poważni, dojrzali przecież ludzie prześcigają się w nowych zabawach, nowych prezentach tylko po to aby móc wyrazić swoją wielką miłość do wnuczki... ach Ci dziadkowie :) dziękuje, że jesteście!
Kiedy pierwsze emocje opadły przyszła kolej na równie "ekscytujące" dni przepełnione maminą opieką. Mój dzień opierał się na harmonogramie ściśle wyznaczonym przez Oliwkę, zaczynającym się od karmienia, przewijania, przebierania, zabawiania, spacerowania, usypiania i tak wciąż. Po wstępnym okresie odnalezienia się w nowej rzeczywistości nastała błoga rutyna, którą rozświetlał każdy nowy uśmiech, nowa umiejętność ... jak z czasem się dowiem nowe słowo, czy czuły gest. Jak sobie tak myślę z perspektywy czasu to naprawdę grzechem byłoby gdybym narzekała. Nawet te nieprzespane noce czy zastaje w piersiach nic nie znaczą kiedy człowiek widzi jak jego dziecka rośnie, rozwija się, każdego dnia czymś nas zaskakuje... rozpoczynają się poszukiwania po kim robi taką minkę, a po kim jest takim małym uparciuszkiem. To wielkie szczęście móc mieć dzieci i za to jestem bardzo wdzięczna losowi, że dał mi taką szansę... Nasza kochana Oliwka... śmiejemy się do dziś, że od zarania pokazała jaka jest sumienna i obowiązkowa. Podczas gdy niektóre dzieciaczki jednego dnia siadają, drugiego zaczynają raczkować... ona nie chciał iść na tzw. skróty. Jej przemieszczanie ruchowe zaczęło się od obrotów z plecków na brzuszek i odwrotnie, turlania, pełzania, czołgania się, raczkowania i w wieku 11, 5 miesiąca chodzenia :) Czyż nie jest sumienna, żeby jej tak zostało na stare lata. W ten sposób dobiegliśmy do pierwszych urodzinek. Abyście Wy również mogli poczuć atmosferę świętowania postanowiłam wkleić jeden mój post, który się pojawił na grupie Mama Jesień z tej okazji:
".....Pomimo, iż urodzinki rzeczywiste są jeszcze przed nami, to dzisiaj już świętowaliśmy:) Jesteśmy po. Oliwka, juz śpi, razem z Grzesiem,a ja spieszę Wam donieść jak było.
Dzisiaj było bardzo rodzinnie. Nasi najbliżsi-Oliwki dziadkowie i nasze rodzeństwo. Było gwarno i wesoło. Szanowna jubilatka też troszkę zmęczona (miała tylko 1 drzemkę w dzień), jednak dzielnie i przyjęła swoich gości. Bardzo zadowolona z prezentów, wcale jej się
nie dziwię, też bym była :)) Był tort, dmuchanie świeczki... gaszenie małego pożaru. Właśnie o tym Wam chciałam napisać.
Zaradna Mama (skromnie mówiąc :) przygotowała wystrój wnętrz adekwatny do charakteru imprezy. Wszędzie wisiały baloniki, serpentyny, co by było wiadomo z jakiej okazji się zebraliśmy. Tymczasem...
Dla lekkiego urozmaicenia zainstalowaliśmy fajerwerki na torcie. Grzesio roześmiany
kroczy z tortem i palącymi się wysoko fajerwerkami. Zapomniał chyba (zresztą ja też), że nad nimi wszystko wisi. Zapalił się balon, który strzelił i po czym zajęła się serpentyna. Na co ja: tu piii (niecenzuralne słowo - wymsknęło mi się, ale niestety jest uwidocznione na kasecie :( Zaczęłam gasić w rozpaczy ręką, no i udało się. Mogę być strażakiem, przeszkolenie w akcji miałam :)
Także takie oto mieliśmy wybuchowe urodzinki :)..."
Nie tylko to pojawiało się na grupie w związku z tym szczególnym dla nas dniem. Ciocie już dopilnowały abyś potem Oliweczko miała wspaniałą pamiątkę:
Korzystajac z okazji, ze nikogo nie ma na grupie - wiec mail slicznie
dotrwa do rana... albo chociaz do po polnocy...
chcialam oglosic, ze rok temu urodzila sie nam 1 listopada nasza
mloda grupowiczka Oliwka.
Oliwko - zycze Ci duzo duzo ciepla, poczucia bezpieczenstwa,
beztroskiego dziecinstwa, optymizmu... ciut szalenstwa, lyk
spontanicznosci, szczypta sily dazenia do celu, okruszek farta w
zyciu... rzeke milosci - dla Ciebie i bys umiala nia obdarowywac
innych i slowo daje - wiecej nie trzeba :))
Chyba ze jest jeszcze to cos... to i niech to sie spelni, a jakze :)
Acha - i przespij wrescie mamie nocke - to juz prosba, nie tylko
zyczenie :)
Justyna
Oliwcia!
Zycze Ci aby cale Twoje zycie byla przynajmniej w polowie tak szczesliwe jak twoj pierwszy rok zycia - wtedy i tak bedziesz najszczesliwsza osobka pod sloncem :)))
dorcia i Michas
Sliczna, kochana Oliweczko, dolaczam sie do tych pieknych zyczen Cioci Justyki, i w dniu Twoich pierwszych urodzin przesylam Ci cieplutkie zyczenia wszystkiego co najlepsze w zyciu. Rosnij zdrowa i madra.
Po holendresku, rodzicom tez skladam najlepsze zyczenia wszystkiego najlpeszego, bo ini rowniez swietuja dzisiaj, a jakze :-))))
Kasia i Oliverek :-)
Sliczne zyczenia od obu Cioc!! Nie pozostaje nam nic innego jak sie do nich dolaczyc i z calego serca Cie dzis wirtualnie wysciskac :)))) I Twoich rodzicow, w holenderskim stylu :)))))
STO LAT kochana Oliwciu!
doris i Antos
I od nas zyczenia serdeczne, usciski i calusy. Zeby zycie uplywalo w radosci i milosci. Niech nam zyje Oliwka sto lat!!
Ania K.+B+M
Dolaczam sie do zyczen
STO LAT OLIWCIU :-)))))))))))))
Renata
ciocia aciak i lolisia dolaczaja sie do pieknych zyczen :)))
aciak
My tez sie dolaczamy: STO LAT OLIWCIA!!!
Dag&Karol&Patryk
Dolaczamy sie do pieknych zyczen. Sto lat, sto lat Oliwko, badz zawsze usmiechnieta i niech Ci zawsze sloneczko swieci!
Tosia
Zyczymy wszystkiego co zamarzy sobie Oliwcia, duzo zdrowka i jeszcze raz zdrowka, jak najwiecej milosci od bliskich, wszystkiego naj naj zyczy Basia z kumpela z listopada Ala
To tylko niektóre z nich, przepraszam jeśli czegoś nie skopiowałam. Myślę, że to i tak wystarczający dowód Waszej pamięci. Jak już tak wzięłam się za cofanie się wstecz w krainę naszych miłych przeżyć, to na koniec chciałam wkleić także mój post...
Ja też coś Oliwce napisałam w tym szczególnym dniu. Mam nadzieję, że Was tym nie zanudzę :)
Oliweczka nasza słodka,
zdmuchnie świeczkę właśnie dziś,
Nikt nie moze w to uwierzyć,
że ten rok tak minął w mig.
A gdy wspomnień czar odsłonić,
to wystarczy tu przytoczyć
wiele wspólnych, ciepłych chwil,
co zostały w sercu moim
- nie wypuszczę nigdy ich!
i głaskanie się po brzuchu
i czekanie na ten dzień.
Gdy Słoneczko mnie zobaczy,
wątpliowości: ucieszy się?
Dzień ten zaczął się o zmierzchu,
noc to była - prawdę rzec.
Gdy Oliwka powiedziała
nie chcę siedzieć tu gdziem jest.
Zobaczyłam ją ... pięknusia,
pierwszy sygnał to byl krzyk
tak zostało jej do dzisiaj
mały człowiek, głosik BIG :)
Pierwsza gwiazdka z prezentami
kolejne Święta z tradycjami...
Wszędzie była Oliwunia i jej minka wesołunia.
Godzinami na spacerkach słodko spała sobie wciąż
Teraz ją ciekawi wszystko, a do spania to ma noc :)
Radość moja przeogromna,
miłość wielka rzekłabym
Człowiek spełnia się, docenia co to znaczy Mamą być.
Opiekować, wychowywać, troszczyć się.... to robię wciąż.
Mam dla kogo się poświęcić
zrobić w życiu w końcu coś.
Córciu moja TY najdroższa
Rośnij zdrowo, mądra badź.
Niech się spełnią Twe marzenia, a szczęściu sprzyjać będzie los.
Bądź promyczkiem tym jedynym, co ogrzewa zawsze tak
My milością Cię darzymy!
Jesteś z nami, a TY w nas!
STO LAT!
mama
Och te wspomnienia... jak dobrze że człowiek je ma. Jak dobrze, że istnieją ludzie dzięki którym są one podtrzymywane... jak dobrze, że istnieje mała osóbka dla której są one tworzone...
|